Link 29.05.2009 :: 17:28 Komentuj (16)
Sen 49
cześć II
„Ahmad” był więcej niż zadowolony. Przepełniała go radość. Wszystko szło zgodnie z planem. Wyłączył laptopa i rozejrzał się wokół. Nic podejrzanego nie zauważył. Zawołał kelnerkę i uiścił rachunek. Po opuszczeniu kafejki sprawdził czy nikt go nie śledzi. Również nic podejrzanego nie zauważył. Odprężył się i uśmiechnął. W sumie, kto mógłby w mężczyźnie o typowo słowiańskiej urodzie, ubranym w markowe ciuchy rozpoznać islamskiego szahida. W pracy, ani rodzinie nie mówił o duchowych owocach swoich wypraw na Bliski Wschód. Dla nich to były wyjazdy „japiszona” w poszukiwaniu egzotyki. Na początku tak w sumie było, ale potem wszystko się zmieniło. Niedługo zaś wszystko się zmieni także dla innych mieszkańców Polski, ba, dla wszystkich mieszkańców Polski. „Ahmad” doszedł na parking, na którym był zaparkowany jego samochód i rozejrzał się dokoła. Widział w oddali tłum ludzi zmierzający w kierunku olbrzymiego centrum handlowego. Nie mógł już doczekać się tej chwili jak będzie widział podobny tłum w przestrachu uciekający przed uwolnionym żywiołem ognia. Rozradował się tą wizją i wsiadł do samochodu. Chwilę po przekręceniu kluczyka w stacyjce jego pojazd eksplodował. Ciało „Ahmada” pochłoną uwolniony żywioł ognia.
„Timur” z uwagą studiował meldunek o zlikwidowaniu polskiej komórki Al-Kaidy. Odczuwał przy tej lekturze swego rodzaju satysfakcję. Nie cierpiał tych Lipków, którzy zbuntowali się przeciw Rzeczpospolitej. Rozumiał ich racje, ale zdecydowanie nie podzielał drogi, jaką wybrali. Z powodów chronologicznych byli po za jego zasięgiem. Zabicie tych fanatyków było poniekąd jak dopadnięcie tamtych buntowników. Innego rodzaju satysfakcją był fakt, że wśród terrorystów nie było żadnego Tatara. Choć akurat to było zapewne posunięciem taktycznym. Jednak lepiej się zabezpieczyć na wszelki wypadek. Timuryda nie miał nic przeciwko studiom teologicznym, ale niekoniecznie muszą się one odbywać w Arabii Saudyjskiej. Trzeba w końcu się wziąć za mocniejszą ochronę rodzimej tradycji islamskiej. Jego wzrok padł na zdjęcie wraku samochodu. Te szczątki to była wiadomość dla facetów z Bliskiego Wschodu, żeby lepiej nie próbowali uskuteczniać swojego dżihadu na terenach Rzeczpospolitej. O ile nie są głupi to zrozumieją. Miał nadzieję, że nie są nierozsądni, bo miał teraz problem znacznie poważniejszego kalibru niż religijni fanatycy.
Pomieszczenie było dość ascetycznie urządzone. Na ścianach nie wisiały żadne ozdoby. Na podłodze znajdowała się zwyczajna wykładzina dywanowa. Z mebli była tylko duża sofa i dwa krzesła. Jedno z nich zajmowała kobieta, o przeciętnej urodzie ubrana jak typowa bizneswoman. Naprzeciwko niej na owej sofie siedziało potulnie, jak uczniowie sprzed czasów karty praw uczniów, trzech mężczyzn. Niejeden zdziwiłby się widząc ich razem. Maciej Grzegorzewski był przedstawicielem radykalnej lewicy. Na początku był ortodoksyjnym trockistą, lecz ostatnio zaczął się skłaniać do przejścia na pozycje maoistowskie. Zawsze jednak był zdecydowanym wrogiem kapitalizmu, Kościoła i bogaczy. Natomiast siedzący obok niego Janusz Mikulski lubił siebie określać mianem bolszewika, lecz zawsze dodawał, że jest „bolszewikiem wolnego rynku”. Jego biblią były pisma klasyków myśli libertariańskiej. Choć w związku nadwiślańskimi realiami mawiał o sobie również, że jest „chrześcijańskim randystą”. Nie miało to, co prawda większego sensu, ale było chętnie podchwytywane przez prawicowych młodzieńców. Zaś obok Mikulskiego zasiadł Jan Tomicki- gwiazda narodowej rewolucji. Nikt tak jak on nie umiał wykładać zawiłości doktryny narodowej i demaskować kosmopolityczno- żydowskich spisków wymierzonych „w naszą umęczoną Ojczyznę”. Wierne grono jego fanów uważało go za giganta równego panu Romanowi. Wszystkich ich trzech łączyła owa kobieta, którą znali pod imieniem Ananke. Była ona swego rodzaju ich oficerem prowadzącym. To ona wybierała im ideologie, jakie mają reprezentować i dyskretnie wspomagała ich kariery. Oni zaś najlepiej jak mogli starali się wypełniać jej polecenia. Dziś jednak nie bardzo mieli się, czym pochwalić przed swoją panią. A ona wyraźnie okazywała swoją dezaprobatę.
-Jak to? Zupełnie nic? Niczego się nie dowiedzieliście?- mówiła przeszywając ich swoim wzrokiem.
Tak nieustraszeni w akcjach politycznych fajterzy kulili się pod jej spojrzeniem. W końcu Grzegorzewski zdobył się na odwagę.
-To musi być robota kogoś zupełnie z zewnątrz.
-Chyba oszalałeś- stwierdziła ostro Ananke- Dawno już wykluczyliśmy by zrobił to ktoś z konkurencji.
-Wiem. Jak mówiłem o kimś zewnątrz to nie myślałem o kimś z zewnątrz Polski.
-Mów dalej.
-Uznaliście, że ostatnie straty ponieśliście albo wyniku działań konkurencji albo wyniku zdrady, że ktoś od nas chciał ugrać coś dla siebie. Ale to niedorzeczność. Każdy, kto jest choćby na najniższym stopniu wtajemniczenia rozumie, że z Organizacją nie warto zaczynać. Posłuszeństwo o wiele bardziej się opłaca. A czyż te różnorakie tajemnicze wypadki i załamywania się karier nie wspomaga owego posłuszeństwa odpowiednią dozą strachu? Nie, to, co się ostatnio dzieje nie jest wynikiem buntu.
Grzegorzewski na chwilę zawiesił głos, a potem oświadczył:
-Myślę, że to ktoś stąd, z Polski. Ktoś, kto od dawna szykował się do przejęcia władzy i teraz usuwa stojące ku temu przeszkody. Razem z chłopakami przygotowaliśmy raport. Nie mamy ostatecznych dowodów, ale mamy pewne poszlaki, które wskazują, że ta teoria może być prawdziwa.
-Macie go tutaj?
Grzegorzewski skinął głową i spojrzał na Tomickiego. Ten z swojej torby podróżnej wyciągnął tekturową teczkę i podał ją Ananke. Ta na kilkanaście minut zatopiła się w lekturze raportu. Nie doczytała go jednak do końca. Spojrzała z uwagą na swoich podopiecznych.
-Ciekawe, ciekawe. Podeślę to do góry. Jeżeli ten trop okaże się wartościowy, to nagroda was nie minie.
Ananke wstała i zaczęła rozpinać żakiet.
-Dobra, teraz wyskakujcie z ubrań i mam nadzieję, że dziś sprawicie się lepiej niż ostatnim razem.
cdn


