anarcha
at ownlog '06
Link 04.03.2006 :: 03:00 Komentuj (5)
Narnia w kinie, czyli tam i z powrotem

W końcu i do Włości, którą zamieszkuję dotarła kopia jednego z najnowszych kinowych hitów- „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa”. Jako wielbiciel twórczości C.S.Lewisa z wielką radością wybrałem się na ten seans filmowy. I nie żałuję tej decyzji albowiem, kiedy zgasły światła na sali kinowej odbyłem wspaniałą podróż. Najprzód do czasów młodości, gdy będąc pod wielkim wrażeniem twórczości J.R.R.Tolkiena poszukiwałem książek mogących dostarczyć mi podobnych przeżyć. Następnie zaś przekroczyłem czasowe ograniczenia i udałem się do rzeczywistości, którą można poznać tylko sercem. Te 140 minut w kinie były, więc dla mnie czasem w którym dałem się porwać czarowi opowieści. Chłonąłem wydarzenia na ekranie, śmiałem się, zaciskałem pięści chcą rzucić się na złoczyńców, zdarzało się, że musiałem otrzeć łzę. Każdy, kto nie zabił dziecka w sobie lub nie cierpi na awersję do fantastyki powinien zobaczyć ten film.
Czy najnowsza ekranizacja pierwszej części Kronik Narnijskich jest arcydziełem? Raczej nie. Sam mógłbym wskazać kilka minusów tego filmu. Zamiast jednak typowej recenzji tego filmu chciałbym zwrócić uwagę na dwa aspekty pojawiające się w tekstach traktujących o „Lwie, czarownicy i starej szafie”. Są one o tyle ciekawe, że pojawiają się one też przy recenzowaniu innych filmów.

1)Większość recenzentów uważa, że jedną z najmocniejszych stron „Opowieści z Narnii” jest rola Tildy Swinton odgrywającej Białą Czarownicę. Nie przeczę, ta wyjątkowo zdolna aktorka okazała się idealną Jadis. Przy okazji jednak znowu można przeczytać, że role negatywnych bohaterów są o wiele efektowniejsze i przyciągają większą uwagę niż pozytywni bohaterowie, czyli dobro jest bezbarwne i nieciekawe, zaś zło pociągające. Rzeczywiście rola Piotra wypada trochę sztywno, a Aslanowi brakuję trochę elementu dzikości („W końcu przecież nie jest do końca oswojony.”). Lecz z kolei mamy też przecież fenomenalną Georgie Henley grającą słodką Łucję. Poza tym mnie postać Białej Czarownicy nie pociągała. Swinton była tak sugestywna, że ja w czasie, gdy pojawiała się na ekranie miałem ochotę potraktować ją mieczem. Może rycerskość Piotra nie przeciągnęłaby mnie do obozu Aslana, ale na pewno skierowałaby mnie tam podłość Jadis. Zastanawiam się czy tylko jak tak mam czy też piszący o atrakcyjności zła krytycy przypadkiem nie dają upustu swym mrocznym fantazjom?

2)Tak samo jak przy ekranizacji „Władcy Pierścieni” pojawiły się głosy, że oto komercyjna machina Hollywood pożarła kolejne cudowne dzieło i przerobiło je na popcorn. Oczywiście coś jest na rzeczy. Panowie od Disneya nie chcieli zrobić epickiej chrześcijańskiej mythopoei, lecz dziejący się w baśniowej krainie efektowny film przygodowy z widowiskową kulminacją w postaci wielkiej bitwy. Rzecz jasna film ów miał też zarobić mnóstwo pieniędzy, które następnie będzie można zainwestować w kolejne przedsięwzięcie, które być może przyniesie wielkie zyski, które następnie… itd., itp. Z tego punktu widzenia nie jest pewne czy doczekamy się ekranizacji wszystkich części Kronik Narnijskich. Nie każdy tom można przerobić na tak efektowne widowisko jak „Lew, czarownica i stara szafa”. „Książe Kaspian”, „Koń i jego chłopiec” (zwłaszcza, że jego wymowa jest aktualna politycznie) i „Ostatnia bitwa” mogą stać się materiałem na niezłą fantastyczną nawalankę. Z pozostałymi częściami może być pewien problem. Nie wszystko, co jest efektowne na papierze musi być takie na kinowym ekranie. Czy jednak „Lew, czarownica i stara szafa” została zupełnie przeobrażona w lekkostrawną papkę? By na to odpowiedzieć odwołam się najprzód do opinii samego C.S.Lewisa. Stwierdził on, że mija się cokolwiek z celem pisanie od razu z góry powziętym założeniem, że dana rzecz będzie sklasyfikowana jako fantastyka teologiczna. Na początku pisarz powinien chcieć napisać po prostu dobrą opowieść. Znaczenia symboliczne powinny wypływać naturalnie z samej fabuły. Bądźmy szczerzy jednym z powodów, dla których lubimy czytać są zdumiewające przygody, które znajdujemy na kartach książek. Harry Potter zstępuje do podziemi by walczyć z bazyliszkiem, Frodo musi się przekraść do Mordoru by zniszczyć Pierścień Władzy, Piotr prowadzi armię do bitwy by wyzwolić Narnię spod władzy okrutnej wiedźmy. Gdyby zamiast tego dywagowali na tematy teologiczne nie sądzę by książki z ich udziałem cieszyły się takim powodzeniem. Zaś z drugiej strony nie są to tylko bezmyślne awantury, ale historie pozwalające nam spojrzeć pełniej na rzeczywistość, jak to ujął John Eldredge, gdyż dzięki nim widzimy w sposób mityczny, patrzymy swoim sercem. Ktoś, kto podejmuje się ekranizacji takich opowieści musi, chcąc nie chcąc, przekazać coś z ich ducha. O ile nie kieruje nim złośliwa chęć wykrzywienia danej książki. A w tym wypadku letniość duchowa producentów sprawia, że chociaż wymowa ideologiczna wydaje się stępiona to jednak nie jest ona zupełnie wyrugowana. Sam czysty poziom estetyczny (obraz, muzyka) powoduje, że nasze serca mogą żywiej zabić z tęsknoty za nieprzemijającym Pięknem.
-------------------------------------------------------------------

W najnowszym numerze „Nowej Fantastyki” przeczytałem opowiadanie „Szamanka” autorstwa Sylwii Pieleckiej. Była to dla mnie wyprawa na obcy ląd. Panna Pielecka deklaruje się jako feministka. Nic, więc dziwnego, że jej urban fantasy nawiązująca do mitologii greckiej i z motywem miłości lesbijskiej nie zagości na liście moich ulubionych historii. Rzecz jest jednak sprawnie napisana, poza tym traktuje między innymi o honorze a i znalazła się pozytywna postać męska. Na plus można by zapisać, że głównym czarnym charakterem jest kobieta, ale to raczej wynika z przyjętego założenia, że w tej historii to niewiasty grają główne role. Oczywiście elementy mitycznych helleńskich opowieści też podwyższają ocenę, choć ich interpretacja to coś, co zapewne poróżniłoby mnie z młodą fantastką.
Od czasu do czasu lubię się przekonać naocznie, co tam się kłębi w głowach ludzi z innych bajek niż moja. A opowiadanie panny Pieleckiej miałoby spore szanse na uznanie wśród arystazjanek. Te zaś dzikie panny, cokolwiek by o nich powiedzieć, są już zdecydowanie bliżej mej parafii niż wielbicielki dorocznych manif z okazji 8 marca.