Link 06.12.2005 :: 14:19 Komentuj (2)
Ostatnio w związku z moimi osobistymi zawirowaniami mój Brat stwierdził, że muszę stanąć w prawdzie i zadać sobie kilka pytań na swój temat. Przykładowy zestaw, jaki mi Budyń zapodał był taki na zakwestionowanie dotychczasowej osobowości. Szczególnie mocno zabrzmiały te, które tyczyły się tożsamości seksualnej i religijnej- „czy podobają Ci się faceci?”, „czy twoja wiara nie jest już skorupą, którą należy odrzucić, bo już nawet wkurza samego ciebie?”. No cóż, zdecydowanie nad metroseksualnych gostków wolę blondynki z dużym biustem, gotyckie brunetki czy uwodzicielskie Azjatki. Jeżeli zaś chodzi o Wiarę to jestem kiepskim katolikiem, ale bardziej mi przeszkadza „kiepski” niż „katolik”. Pytania Budynia były podyktowane troską o mnie, ale skojarzyły się mi z czymś, co już nie ma nic wspólnego z zatroskaniem. Czytałem ostatnio esej pewnego amerykańskiego krytyka literackiego o Yukio Mishimie. Czarno na białym ten pan stwierdził, że nie ma mowy, żeby działania Mishimy podyktowane były jakimś tradycjonalizmem, monarchizmem czy nacjonalizmem. On był peda…. o pardon się zagalopowałem. ;) Ona był gejem, snobem i lubił robić szokujące żarty. Te seppuku to nie z powodu degrengolady Japonii, lecz z powodu tego, że wraz ze swym kochankiem chcieli uniknąć starości. Ten, kto łapie się na tradycjonalizm Mishimy ten jest naiwniak. Jest to typowe podejście modernitas do reakcjonistów. „Jak już się nie da takiego zamilczeć to przytniemy go na miarę salonu.” I dlatego Charles Baudelaire egzystuje jako prefiguracja gwiazd rocka, Mircea Eliade jako prorok New Age, T.S.Eliot jako esteta tudzież autor libretta do musicalu „Cats”, a Yukio Mishima jako kochający inaczej. Można ich czytać, ale najprzód trzeba stępić im te ich faszystowskie pazurki, żeby broń Prawa Człowieka i Obywatela, młodzież się nam nie zdemoralizowała. Możecie być radykalni, ale na takich warunkach, jakie my postawimy. Tak, więc mamy całe tabuny koncesjonowanych rebeliantów (satanistów, komunistów, wolnomyślicieli, itp, itd) buntujących się w świecie gdzie jak trzeźwo zauważył Baudelaire jedyną rewolucyjną ideą jest sojusz Tronu z Ołtarzem.
Ostatnio na FF miałem małą wymianę zdań na tematy narodowościowe z pewnym inteligentnym miłośnikiem idei narodowej. Ów endek pozwolił sobie na niezły żart. Napisał „Nie ma Żydów- wymyślili ich reakcyjni antysemici”. Według mnie trafił w samo sedno. Chociaż należałoby uzupełnić to zdanie o stwierdzenie- „Nie ma Żydów- wymyślili ich postępowi filosemici”. Żydzi są we współczesnym świecie taką samą konstrukcją ideologiczną jak „epidemia AIDS”, „prawa kobiet”, „wolność jednostki”, „demokracja liberalna”. Są ideologicznym cepem, którym obija się przeciwnika lub sztyletem wbijanym w plecy. Mało to ma wspólnego z realnie istniejącymi Hebrajczykami. Oczywiście wtedy, gdy im to wygodnie pewne środowiska żydowskie lub państwo Izrael korzysta z tych narzędzi. Na dłuższą jednak metę okaże się to dla nich szkodliwe. I to nie, dlatego, że umocni to negatywne stereotypy na ich temat, lecz dlatego, że mityczni „Żydzi” są elementem nowoczesnego dyskursu władzy. Zaś władza ta ze swej natury nie sprzyja długofalowym interesom jakiejkolwiek tradycyjnie zorientowanej społeczności.
Ale o tym to już napiszę następnym razem.
Link 13.12.2005 :: 01:19 Komentuj (3)
Siedziałem sobie przed komputerem, gdy nagle dostałem pytanie od FreeMind`a- „Powiedz mi, czy czasem nie zalewa Cię krew jak słyszysz o Rydzyku?” Jak mu odpowiedziałem, że nie, to zapytał się, co o nim sądzę. Moja odpowiedź brzmiała- „to banalny temat, dziś wypada być na nie wobec niego, to jest trendy narzekać na niego, więc w sumie powinienem napisać, że to super gość, a w sumie podoba mi się jak on wkurwia tę całą warszawkę.” Później zaś po rozmowie pomyślałem sobie, że coś dziwnego jest z tym o.Rydzykiem. Patrząc na to z pewnej perspektywy to jest bardzo ciekawe, że tylu młodych wyzwolonych i zbuntowanych krytykuje Ojca Dyrektora. Facet zaczął od zera. Stworzył rozgłośnie, która propaguje rzeczy, które nie podobają się większości możnych w Polsce. Był i jest przez nich zaciekle zwalczany. Dorabia się mu się gębę nazisty i robi inne montaże mające na celu zdyskredytowanie jego osoby. Czasami spotyka go niezrozumienie od tych, co powinni go wspierać. Otacza go grono wiernych mu fanów. Wychodzi, więc na to, że ojciec Rydzyk to typowy buntownik, kontestator. Zresztą on i inni kapłani z Radia Maryja angażowali się nieraz w obronę zamykanych zakładów. Za co kilku z nich było wleczonych przez Policję. Tak, więc nie tylko uświadamiają, ale biorą udział w akcji bezpośredniej. A te wszystkie metale, punki, anarchiści, wolnomyśliciele i cała ta reszta lubiąca go tak brać pod obcas, to tak naprawdę nie żadni buntownicy ino pieski łańcuchowe Systemu. Czyż to nie zabawne obserwować jak oni wyszczekują to, co w ich mózgowia wpompowali spece od politycznego pijaru(?) I oczywiście oni robią to z przeświadczeniem, że jest to wyrazem ich buntu.
Link 19.12.2005 :: 14:43 Komentuj (4)
Pod wpływem rodzinnej tragedii osób mi bliskich naszła mnie między innymi pewna refleksja tycząca się roli medycyny w współczesnym społeczeństwie. Bardzo podkreśla się jej zbawienną rolę. Przekonuje w różnoraki sposób, że dzięki niej nie czeka nas los przeszłych pokoleń, które były bezbronne wobec różnorakich schorzeń. Jej dobrotliwa opieka zapewnia nam wyjątkowe bezpieczeństwo. Większość z nas jednak nie dostrzega, że owa ochrona jest tak naprawdę swego rodzaju tyranią. Nowoczesna medycyna jest, bowiem jednym z elementów dehumanizacji i agresji techniki w sferę człowieczeństwa. W dawnych złych i ciemnych wiekach podstawową zasadą medycyny było przeświadczenie, że człowiek jest odbiciem Kosmosu, zaś choroby to zakłócenie porządku. Leczenie polegało przede wszystkim na przywróceniu harmonii elementów znajdujących się w człowieku. W dzisiejszych dobrych i jasnych wiekach uważa się, że choroby wywołują czynniki przychodzące z zewnątrz człowieka lub defekty jego konstrukcji genetycznej. Medycyna jest, więc swego rodzaju techniką militarną i architektoniczną. Człowiek staje się materiałem biologicznym, który można przebudowywać lub, który jest polem bitwy. Liczy się przede wszystkim skuteczność. Skoro jest problem znajdźmy procedury na jego rozwiązanie. Wszystko zostaje uproszczone począwszy od źródła choroby aż po jej leczenie. Nie ma tu miejsca na coś takiego jak duchowe przyczyny schorzeń (to jest zabobon). Trzeba znaleźć mikroba, który zainfekował organizm i poczęstować go naszą kolejną bombą M (jak medycyna). Jeżeli nie można dokonać jakiejś operacji na pacjencie, to zaczyna się problem- jak leczyć to, co nie uleczalne. Nic dziwnego, że wśród lekarzy coraz częściej poparcie zyskuje eutanazja. Zwłaszcza, że logika podpowiada, że niektóre części zamienne z tych nieuleczalnych mogą zostać jeszcze wykorzystane, tak, więc ich śmierć nie będzie daremna. Technika, zyski i straty, liczby i materiały. Powoli wchodzimy do Nowego, wspaniałego świata. Przysięga Hipokratesa staje się nic nieznaczącym tekstem. Jej twórca i obecni lekarze wywodzą się z dwóch różnych światów.
Oglądnąłem w końcu „Blade: Trinity”. Nie powiem niezłe kino akcji z wampirami. Lubię takie filmy. Przede wszystkim efektowna nawalanka, ale i do myślenia się coś znalazło, choć raczej to nie było zamierzonym działaniem twórców tego obrazu. Na kilka dni przed zobaczeniem tego filmu zapoznałem się, bowiem z artykułem Gianluca Casseri „Dracula- wojownik Wotana” (dzięki Satu), z internetowej strony Centrum Studiów Runa. Jego teza polegała na tym, że mit Draculi ma swoje źródło w nordyckich mitach. Wampir byłby swego rodzaju wersją wojowników Odyna- berserkerów. Casseri próbuje jakoś zbudować pomost pomiędzy Dakami, przodkami Rumunów, a nordycką Północą, ale według mnie nie za bardzo mu to wychodzi. O wiele bardziej trafną intuicje mają filmowcy amerykańscy. Grobowiec, w którym spoczywa Dracula umieszczają na Pustyni Syryjskiej. Łączą postać księcia wampirów z filistyńskim demonem Dagonem (chociaż tu pewno chodziło im raczej o pewną zbieżność imion, Dagon był demonem morskim). Nadanie azjatyckiego charakteru genealogii Draculi jest bardziej trafione niż na siłę wpychanie go w nordyckie legendy. Po za tym Jean Paul Roux w swej znakomitej książce „Krew- mity, symbole i rzeczywistość” wykazał, że we wszystkich mitologiach świata pojawiały się istoty żywiące się krwią. Mamy tu, więc do czynienia z fenomenem ponad kulturowym. Wszędzie, bowiem krew jest symbolem odnoszącym się zarówno do najświętszych jak i najmroczniejszych elementów naszego świata.
Ciekawe są też metapolityczne refleksje związane z tym filmem. W filmie łączy się księcia wampirów z starożytną Sumerią, ale jego grobowiec znajduje się na terenie Iraku- kraju o indoeuropejskiej kulturze. Niektóre wypowiedzi Draculi wskazują na to, że wyznaje on etos wojownika. Cała trylogia Blade opowiada o walce samotnych Amerykanów przeciwko wampirzej inwazji, która podstępnie zagarnia ich kraj. W trzeciej części mamy już do czynienia z ruchem oporu, który działa na takiej samej zasadzie jak obecna amerykańska antysystemowa prawica- „opór bez liderów”. Można, więc powiedzieć, że jest to obraz ukazujący starcie dwóch wrogich cywilizacji. Rosyjski myśliciel Wadim Sztiepa uważa, że można zaobserwować w Ameryce zjawisko odrzucania europejskiego dziedzictwa na rzecz prekolumbijskich wierzeń. Symptomami tego mają być między innymi pogańskie wpływy w kulturze młodzieżowej (black metal, hip-hop, techno), kult seryjnych morderców, New Age. Doprowadzi to w końcu do wskrzeszenia czegoś na kształt azteckich wierzeń na terenie Ameryki. W pewien sposób, więc komiksowo-filmowe zmagania Blade z wampirami ukazywałyby ten proces. Wampiry to strupieszała kultura indoeuropejska (Wadim Sztiepa uważa obecną Europę za martwy kontynent) chcąca wykorzystać siły witalne młodej cywilizacji amerykańskiej. I Europa i USA miotają się dziś w poszukiwaniu swej tożsamości i celu swej egzystencji. Jeżeli nie uda im się pozytywnie odpowiedzieć na to wyzwanie zostanie im demoniczna egzystencja, którą zakończą barbarzyńcy ciosem miecza.
Link 24.12.2005 :: 16:51 Komentuj (2)
Bardzo lubię czytać komentarze do moich wpisów na blogu. Niektóre zresztą uważam, że są o wiele lepsze niż moja pisanina. Ostatnio jednak zupełnie przez przypadek odkryłem komentarz z listopada, który jakoś wcześniej mi umknął. Niejaka (?)cruelewna napisała: „A może coś bardziej osobistego napiszesz? Bo odnoszę wrażenie, że ty mieszkasz w jakiejs norce... bez urazy, stary”. Urocze. Od razu skojarzyło mi się to z hobbicką norką tudzież mieszkaniem Kreta z cudownej powieści „O czym szumią wierzby”. Tak, więc specjalnie dla cruelewny coś bardziej osobistego.
Na moim blogu znajduje się kilka takich osobistych wpisów. Nie lubię ich. Powstawały one wtedy, gdy było mi źle i są dowodem mej słabości. Ja tam wolę czuć się mocny a nie słaby. Oczywiście pamiętam, że „moc w słabości się doskonali”, więc nie zamierzam zgrywać kogoś, kim nie jestem. Jednak będę się starałby ten blog miał taki profil, jaki mi najbardziej odpowiada. Jest wiele e-dzienników gdzie można sobie poczytać osobiste wynurzenia. Mój będzie trochę inny.
Kontynuując osobiste wynurzenia chciałbym dać wyraz swemu rozczarowaniu z powodu braku „White Christmas”- jedynych świąt, jakie chciałbym znać. Za oknem plucha i ani śladu śniegu.
A teraz coś zupełnie z innej beczki, czyli krótkie informacje, co u mnie.
Nastrój: nie za dobry
Czytam: Lew Gumilow „Dzieje etosów Wielkiego Stepu”, Martha Wells „Żywioł Ognia”, „The Spectaculer Spider-Man”
Oglądam: „Blade: Trinity”, „Batman: Begins”, „Zagubieni”
Słucham: Corvus Corax „Cantus Buranus”, Mediaeval Babes „The Rose”
A teraz rozejrzyjmy się po gratach spoczywających w mej norce.
Zaczynam się zastanawiać czy nie przesadzam z szukaniem drugiego dna w współczesnych produkcjach mass-kultury. Jednak z drugiej strony to wielce zajmujące zajęcie bym tak z niego po prostu zrezygnował. Ostatnio zoczony „Batman: Begins” sprowokował mnie do podobnych przemyśleń co do „Blade: Trinity”. Jednak nowa odsłona przygód Mrocznego Rycerza niesie według mnie więcej interpretacji. Tak samo jak walka Blade z Draculą da się walkę Batmana z Ligą Cienia opisać jako starcie cywilizacji atlantyckiej z kulturą indoeuropejską. Choć tym razem Liga ma więcej cech dalekowschodnich. Nawet Ra`s Al. Ghula, który w komiksie jest arabskim magiem zagrał Japończyk- Ken Watanabe , znany z filmu „Ostatni samuraj”. Tamten film był przez niektórych interpretowany jako obraz starcie nowoczesności z feudalizmem, gdzie dowartościowano ten drugi świat. Tak, więc w pewnym sensie, „Batman: Begins” byłby też taką opowieścią tyle, że tu stroną Światła jest USA. Jednak można spojrzeć na to inaczej. Rzuciłem kiedyś teorię, że komiksy o superbohaterach to wyraz podświadomej tęsknoty za arystokratycznym porządkiem. Film Nolana jest tego pięknym potwierdzeniem. Rodzina Wayne`ów od pokoleń opiekowała się Gotham City. Ich posiadłość przypomina dwór angielskiej arystokracji. Ważną kwestią w filmie jest dorastanie Bruce Wayne do tego dziedzictwa. Nawet sam konflikt z Ligą Cienia wygląda wtedy inaczej. Bruce będący uczniem Ligi odrzuca ich koncepcję bezdusznej sprawiedliwości i dążenie do równowagi na rzecz sprawiedliwości w połączeniu z miłosierdziem. On sam jawiłby się, więc jako swego rodzaju chrześcijański rycerz walczący z pogańskimi wojownikami. Ciekawiej, więc to wszystko wygląda niż w „Blade: Trinity”. Czyżby w Imperium Americanum budził się do życia duch rycerski i styl arystokratyczny?
Jest jeszcze jeden aspekt całej tej sprawy. W dzisiejszym świecie dużą popularność zyskują czarne charaktery. Ofiarą tego trendu padły książki o Harrym Potterze. Popularność Malfoyów osiągnęła taki poziom, że sama J.K.Rowling zabrała głos i wyraźnie oświadczyła, że nie jest to zgodne z duchem jej powieści. Popularność szwarccharakterów wiąże się z powszechnym upadkiem autorytetów i norm moralnych. A jak trafnie zauważył genialny Platon- Gdzie nie ma Prawdy rządzi Siła. Darth Vader czy Lucjusz Malfoy to po prostu silni faceci, których siłę chcieliby posiadać słabi faceci a w ich cieniu chciałyby się skryć przytłoczone rzeczywistością kobiety. Jeżeli cywilizacja atlantycka będzie w swych mass-produkcjach przedstawiać za wrogów przedstawicieli etosu indoeuropejskiego, to istnieje szansa, że jacyś fani takich postaci dotrą do nieskażonej propagandą formy tegoż etosu. I w ten sposób dokona się kulturowa rekonkwista.
Wszystkim, którzy odwiedzają mego bloga życzę Wesołych Świąt i by Jezus Chrystus prawdziwy Sol Invictus oświecał drogę ich żywota.
Link 31.12.2005 :: 21:54 Komentuj (2)
Śnieg spadł w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Padał i padał, tak że w końcu mamy go na całej połaci. Z powodu infekcji nie mogę za bardzo szlajać się po okolicy. Jednak jak mam okazję wychodzę na dwór i podziwiam zimowe widoki. Błyszczący śnieg, jego zwały na drzewach, wirujące płatki na wietrze i dominacja bieli sprawia, że trochę jakbym cofał się w czasie do dzieciństwa. Ale nie jest to tylko powrót do szczenięcych lat. Im dłużej patrzę na śnieg tym bardziej mam wrażenie, że odsyła mnie on do jakiegoś innego wymiaru rzeczywistości. Bardziej przekonuję się, że krajobraz, jezioro, lasy, pola, śnieg i deszcz, fauna i flora, zieleń Wiosny, jasność Lata, kolory Jesieni, mróz Zimy są elementami języka w którym sformułowano do mnie Wiadomość.
Ten rok kończę tak jak poprzedni:
Nie mam żadnych szans ale muszę je wykorzystać.


